„Rzeżuchy”

Rudy Borys otworzył jedno oko, potem drugie. Powoli rozprostował wszystkie cztery łapy, aż w końcu przeciągnął się cały i zrobił koci grzbiet, odruchowo wysuwając przy tym pazury.
– Czy możesz przestać wbijać mi te szpilki? Tyle razy prosiłem, przeciągaj się gdzie indziej! – spod kraciastego pledu, którym wyłożono duże legowisko, ukazał się czarny nos. Zaraz za nosem wysunęła się równie czarna głowa labradora.

Kot parsknął coś niewyraźnie, podniósł się i przez chwilę przyglądał się, jak jego kompan wygrzebuje się spod koca i przeciąga, śmiesznie wypinając zad i prężąc ogon.
– Przesadzasz jak zwykle – ziewnął leniwie. – Gruby, ruszaj się, gramolisz się całkiem jak Miśka, kiedy zostaje w domu.
– Nie jestem Gruby, mam na imię Niebo, ile razy można powtarzać? O gramoleniu się pogadamy, jak będziesz w moim wieku – czarny pies powoli wszedł do łazienki, gdzie stała miska z wodą i zaczął chłeptać.

– Przecież jestem starszy od ciebie! – Borys spojrzał na niego z politowaniem i pobiegł do kuchni, gdzie rozlegały się dźwięki świadczące o tym, że zaczyna się nowy dzień jak co dzień: otwierały się szafki z jego ulubionymi saszetkami, do misek sypały się chrupki.

Po śniadaniu Miśka zdjęła z wieszaka smycz.
– Niebul, chodź, idziemy na spacer – zawołała, chowając smaczki do torebki.

Niebo już po chwili, w podskokach, pomimo swojego słusznego wieku, przekraczał próg. Kiedy drzwi za tą dwójką w końcu się zamknęły, Borys starannie umył pysk i uszy, na wszelki wypadek zrobił obchód kuchni i zasiadł na kuchennym parapecie, skąd roztaczał się widok na ogród i ulicę ciągnącą się w stronę lasu. „To będzie kolejny spokojny dzień” – pomyślał, przymykając ślepia. Nie mógł pomylić się bardziej.


Niebo i Miśka wędrowali leśnymi ścieżkami. Zima tego roku była bez śniegu, ale lekki mróz ścinał kałuże, pod butami szeleściły oszronione liście. Nagle Niebo wyczuł dziwny zapach, wcale nie leśny. Zatrzymał się nagle. Zamyślona Miśka wyprzedziła go o kilka kroków.
– Niebulinku, a ty co, zmęczyłeś się, staruszku? – zaniepokojona zawróciła.

Niebo nie był zmęczony, ale zdziwiony, bo pod śmiesznym, krzywym świerczkiem wyniuchał coś, co na pierwszy rzut oka również sprawiało wrażenie śmiesznego i krzywego. Stworzenie piszczało i trzęsło się ze strachu i zimna, a wraz z nim trzęsły się wszystkie rzepy, patyczki, igły i wyschnięty brud wkręcony w długą sierść. „Musiałem wywąchać akurat to?” – labrador westchnął w duchu, ale jak każdy uprzejmy i dobrze wychowany pies, a za takiego się przecież uważał, poszedł przywitać się z tym małym nieszczęściem.

Jesteś ciakaw, co wydarzyło się dalej? Zajrzyj do najnowszego numeru „KUMPLA”.

Tekst: Dominika Gałka

Pomysł serii: Grupa Cogito – Alina Kuźmina.

Ilustracje: Julia Burkacka-Mielcarz.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes
0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *